Reżyser w musicalu nie ogranicza się do ustawiania scen. Odpowiada za to, jak współpracują ze sobą wszystkie elementy spektaklu: muzyka, światło, projekcje, aktorzy i tempo opowieści. Proces łączenia wielu warstw w spójną całość, który dla widza zwykle pozostaje niewidoczny, bywa też upraszczany w odbiorze krytycznym. O reżyserii, czyli pracy opartej na ciągłych decyzjach opowiada Jakub Szydłowski.
Jakub Szydłowski — reżyser musicali, aktor i autor tekstów, który od ponad dwóch dekad współtworzy polską scenę muzyczną. Od spektakli licencyjnych po wielkie autorskie produkcje w całym kraju — łączy doświadczenie sceniczne z reżyserskim okiem i wyczuciem widowni.
Jakub Szydłowski to jeden z tych twórców, którzy znają musical od środka — i to dosłownie. Zaczynał jako aktor, debiutując pod koniec lat 90. w „Hair” w Teatrze Muzycznym w Gdyni, gdzie od razu zgarnął nagrodę za debiut. Potem przyszły kolejne role — od „West Side Story” granej w Polsce i za granicą, po występy w Zurychu czy współpracę z Capitolem we Wrocławiu i Studio Buffo w Warszawie.
Przez blisko dwie dekady był związany z Teatrem Muzycznym ROMA, gdzie widzowie mogli oglądać go w najgłośniejszych tytułach repertuaru — od „Les Misérables” i „Upiora w operze” po „Mamma Mia” i „Pilotów”. To doświadczenie sceniczne dziś wyraźnie słychać w jego pracy reżyserskiej: Szydłowski wie, jak prowadzić aktora, jak budować tempo spektaklu i gdzie naprawdę jest widz.
Z czasem naturalnie przeszedł na drugą stronę sceny. Jako reżyser i autor librett stworzył m.in. „Proces. Spektakl muzyczny”, „Księgę dżungli” czy „Przypadki Robinsona Crusoe”, a jego spektakle trafiały na sceny w całej Polsce — od Warszawy, przez Łódź i Gdynię, po Białystok i Kraków. Reżyserował zarówno klasykę („My Fair Lady”, „West Side Story”), jak i współczesne tytuły („Pretty Woman”, „Rent”), często nadając im własny, bardziej współczesny rytm.
W latach 2020–2025 pełnił funkcję zastępcy dyrektora ds. artystycznych Teatru Muzycznego w Łodzi, gdzie współtworzył linię programową jednej z najaktywniejszych scen musicalowych w Polsce.
Dziś łączy doświadczenie aktora, reżysera i autora — i właśnie ta perspektywa sprawia, że jego spektakle są jednocześnie dopracowane technicznie i po prostu „do grania”.
Czego ludzie nie wiedzą o reżyserii, a powinni wiedzieć? Czym właściwie jest reżyseria?
Nie wiem, czego nie powinni wiedzieć albo co powinni wiedzieć. Dla mnie reżyseria jest czymś wielowymiarowym. W praktyce musicalu to nie jest tylko to, co aktor robi na scenie. To również sposób prowadzenia pełnej narracji, w tym dźwięku, wizualizacji, ruchu dekoracji, wykorzystanie światła, ale także przeniesienie na scenę założonej koncepcji inscenizacyjnej, odnalezienie formy i stylistyki spektaklu.
Chodzi o to, w jaki sposób treść spektaklu i reżyseria scen aktorskich łączy się muzyką, choreografią, projekcją, światłem i dźwiękiem. Możemy zrobić wszystko w stylu klasycznym albo nowoczesnym – i wtedy wszystkie te elementy funkcjonują inaczej. Reżyseria musicalu jest więc bardzo złożona.
Mam wrażenie, że widzowie często nie wiedzą, na czym ona polega. Wyobrażają sobie, że „reżyser ustawił jakąś aktorską scenę”. Co ciekawe, często nawet recenzenci nie mają pojęcia, jak ten proces wygląda. Piszą na przykład, że scenograf, w jakiejś scenie wymyślił coś złego, lub dobrego, tak jakby odpowiadał za kształt koncepcji. Oczywiście, jeśli chodzi o formę plastyczną, to ją samodzielnie tworzy, ale jej założenia wynikają zawsze z koncepcji reżyserskiej. I tak samo dotyczy to innych działów.
Często słyszymy od widzów, że oceniają spektakl przez pryzmat tego, czy podoba im się piosenka. Zakładają, że ktoś „kazał” aktorowi zaśpiewać w określony sposób albo stanąć w konkretnym miejscu.
To bywa bardzo różnie. Istnieją odmienne style reżyserii. Są reżyserzy, u których pracowałem jako aktor, którzy mówią: „nie wiem – pokaż mi coś”. Inni ustawiają każdy ruch palca.Wielu zostawia piosenki choreografom, podchodząc do nich jak do uciążliwych przystanków w akcji. Tak powstawały wielkie wykonania musicalowe, proszę mi wierzyć. Natomiast ciągle pokutuje przeświadczenie, że aby musical odniósł sukces, to musi mieć jakiś muzyczny hit. Ja tak nie uważam. Wierzę w to, że musical to przede wszystkim teatr a muzyka, choć niezbędna i określająca ten gatunek, powinna być w jego służbie.
Pracował Pan z wybitnymi reżyserami – Kościelniakiem i innymi.
Pracowałem z wieloma znanymi reżyserami. Czy wszyscy byli wybitni – to już pozostawiam widzom do oceny. Wojtek z całą pewnością jest.
Co doświadczenie aktorskie Panu dało z dzisiejszej perspektywy? I czy cokolwiek?
Oczywiście, że dało. To była przede wszystkim szkoła jakości. Dla mnie to była też szkoła rozpoznania, jaki styl pracy reżysera mi odpowiada, co uważam za skuteczne, a co nie.
Zobaczyłem też, co mi się nie podobało, co się nie sprawdzało – z czym ja, jako aktor i jednocześnie widz, bo zawsze przyglądałem się temu, w czym grałem, miałem problem. To także jest nauka. W końcu mówi się, że uczymy się na błędach.
Często mówi się, że u Szydłowskiego jest pełen przekrój aktorów – prawdziwy gwiazdozbiór.
Przychodzą na castingi i są wspaniali – co mam zrobić, nie brać?
Co jest takiego w Pana stylu, że oni chcą u Pana grać?
Nie wiem, czy to kwestia stylu. Myślę, że przekonuje ich efekt końcowy, a także współpracownicy, których dobieram. Myślę też, że przekonuje ich koncepcja, energia i sposób, w jaki ich nimi „zarażam”.
Aktorzy często mówią mi – choć to oczywiście nie jest jedyny czynnik – że ważne jest dla nich to, że ciągle jestem jednym z nich. Wiem, z czym się mierzą, jakie mają trudności, i staram się ich wspierać – w szerokim, ale też bardzo profesjonalnym znaczeniu. Dbam o to, żeby wiedzieli, po co wychodzą na scenę i gdzie są granice ich zadań. Rozumiem również ich potrzeby, które nie dotyczą samego spektaklu.
Są też tacy aktorzy – nie boję się tu podać przykładu Marcina Franca – którzy nie zostawiają bez komentarza ani jednego mojego zadania czy zdania. Zadają mnóstwo pytań. Bywa to wymagające, czasem wręcz uciążliwe, zwłaszcza gdy nie mam czasu, żeby od razu odpowiedzieć na wszystko. Ale dzięki temu są świetnie przygotowani, a ja zyskuję nowe spojrzenie. Każdy aktor widzi coś, czego ja mogę nie dostrzec – i dzięki temu spektakl staje się pełniejszy. Lubię takich aktorów, choć to naprawdę ciężka praca.
A jest takich więcej?
Takich jak Marcin – niewielu, bo on jest pod tym względem wyjątkowy. Ale są różne sposoby pracy. Jedni chcieliby próbować samodzielnie i potrzebują przestrzeni, inni potrzebują rozmowy i wielu wyjaśnień.
Są też tacy, którzy nie zrobią nic, dopóki nie zrozumieją podstaw, najprostszych rzeczy – i to absolutnie o nich źle nie świadczy. Każdy poszukuje swojej idealnej metody i przestrzeni pracy. Ja staram się im ją zapewnić – i może dlatego lubią u mnie pracować.
Łatwiej pracuje się na licencjach czy nad własnym spektaklem?
Łatwiej na licencjach, bo są sprawdzone – ogólnie wiemy, czego się spodziewać i co działa.
Ale to nie znaczy, że wolę tę formę. Przy własnych projektach mam więcej wyzwań i obaw, bo odpowiadam za wszystko – i jako reżyser, i jako autor. To znacznie trudniejsze.
Co jest najtrudniejsze przy pisaniu własnego spektaklu?
Trafienie z własnym przekazem do widza. To wszystko musi się ze sobą łączyć. Muszę myśleć nie tylko o swojej wizji, ale także o odbiorcy i o tym, czy spektakl odniesie sukces – również finansowy.
Czasem żartuję, że kluczowy jest już sam tytuł. Musi przyciągać uwagę. Jeśli tytuł nie działa – spektakl może mieć trudniej na starcie.
Staram się myśleć o widowni, ale jednocześnie tworzyć rzeczy, które są mi bliskie. Najbardziej lubię opowieści z pogranicza realizmu i baśni — takie, w które można „uciec”. Choć zdarzało mi się robić spektakle bardziej realistyczne, jak „Dziewczyny z kalendarza”, czy „Rent” lub „Mamma Mia”.
Wychowałem się na Tolkienie, czytałem „Wiedźmina”, kiedy jeszcze nie był tak znany – i zawsze ciągnęło mnie do szerokich, barwnych, nierealnych, fantastycznych historii. Stąd między innymi „Dracula”.
Jak wygląda proces adaptacji – jak powstaje taka historia jak „Dracula”?
Nigdy nie adaptuję historii jeden do jednego. Zawsze staram się ją odwrócić, spojrzeć z innej strony. Chcę, żeby widz rozpoznawał znaną opowieść, ale jednocześnie miał poczucie, że ogląda coś nowego. Nie interesuje mnie powielanie – chcę proponować własną interpretację.
Kiedy musical odnosi sukces?
Mówię pół żartem: cztery elementy – ślub, księżyc, pogrzeb i dym. Jeśli są wszystkie, sukces gwarantowany.
Czy jest Pan zadowolony z „Draculi”? To nie jest pytanie czy on powinien być krótszy.
Tak, powinien być krótszy. Szczególnie odczuwam to podczas prób. To jest problem, bo gdybym chciał wszystko poprawiać, nie wystarczyłoby na to czasu. Próba ma swoje ograniczenia czasowe, co – jak się okazuje – jest bardzo istotne. W pewnym sensie każda próba jest dla mnie walką z samym sobą. Z jednej strony wiem, że jestem w stanie poprawić wiele, z drugiej – muszę na bieżąco decydować, czy warto zatrzymać akcję i coś dopracować, czy iść dalej. Każda taka decyzja wpływa na to, czy uda się w ogóle domknąć spektakl podczas próby.
Czyli można powiedzieć, że jest Pan więźniem własnego perfekcjonizmu?
Nie wiem, czy to perfekcjonizm – raczej pewna konsekwencja moich decyzji. Proszę mi wierzyć, już usunąłem z „Draculi” cztery sceny i dwie piosenki w stosunku do pierwotnej wersji. Z dzisiejszej perspektywy uważam jednak, że spokojnie można by skrócić spektakl jeszcze o około dziesięć minut. Co ciekawe, pierwotnie planowałem usunąć jeszcze więcej – kolejną piosenkę i dodatkowo skrócić sceny. Aktorzy jednak zaprotestowali, mówiąc, że mnie „zamordują”, jeśli to zrobię – bo bardzo polubili ten spektakl.
Skąd pomysł na „filmowe” łączenie scen?
Nie jest to mój wynalazek, ale bardzo lubię tę technikę. Zainspirowała mnie filmowa „Anna Karenina”, gdzie sceny płynnie się przenikają.
W „Draculi” tłumaczę to także fabularnie – jako element działania samego bohatera, który „steruje” rzeczywistością.
Dlaczego nie ma w „Draculi” odniesień do współczesnej kultury?
Bezpośrednio nie ma, bo w tym przypadku zaburzyłoby to świat przedstawiony. Takie zabiegi bywają potrzebne i ciekawe, ale tutaj wyciągałyby widza z opowieści. Jednak sama istota wampiryzmu przekłada się świetnie na dzisiejsze czasy na wielu poziomach.
Był Pan aktorem, jest Pan reżyserem, pisze Pan spektakle, jest Pan dyrektorem. Jak to się wszystko ze sobą łączy?
Wspaniale. Przede wszystkim wszystkim dlatego, że mam taką możliwość. Nie muszę pytać innego dyrektora czy autora, tylko mogę łączyć te wszystkie role. Oczywiście to pewnego rodzaju szaleństwo, ryzyko i bezczelność. Przyjechałem właśnie prosto z prób w Krakowie, teraz jestem tutaj w Łodzi, jutro nagrywam dubbingi w Warszawie, jeszcze niedawno byłem chory – mam więc sporo do nadrobienia. Moje życie bywa intensywne. Ale z drugiej strony to mnie napędza.
To była świadoma droga, jakieś marzenie, czy raczej przypadek?
W moim przypadku to był zupełny przypadek. Ja w ogóle chciałem zostać koszykarzem. Miałem dobre wyniki, wszystko szło w tym kierunku. Ale doznałem kontuzji, lekarze powiedzieli mi, że już nigdy nie będę biegał. A potem przez dwadzieścia lat tańczyłem w musicalu.
Z czasem odkryłem w sobie coś jeszcze i po latach zrozumiałem, że tak naprawdę zawsze byłem reżyserem. Już jako dziecko miałem potrzebę tworzenia – wymyślałem zabawy dla kuzynów, organizowałem różne rzeczy, „animowałem” całe towarzystwo. Wydawało mi się, że to coś zupełnie naturalnego.
Pamiętam, że jako dziecko wymyślałem i reżyserowałem też różne „filmy”. Mój tata przywiózł kiedyś z Urugwaju kamerę w systemie, który w Polsce w ogóle nie działał, a ja tworzyłem scenariusze i wyobrażałem a potem nagrywałem te historie z kuzynami. Tyle że nigdy nie traktowałem tego poważnie.
Kiedy miałem 23 lata i nie miałem pojęcia, co chcę robić w życiu. Nie widziałem dla siebie miejsca. I wtedy ktoś przypadkowo „wepchnął” mnie do teatru, bo śpiewałem. Po dwóch dniach zrozumiałem, że to jest właśnie ten brakujący element – coś, co może nadać sens temu, co robię.
Czyli jednak przypadek.
Tak, zdecydowanie przypadek. Wyobrażałem sobie aktora jako kogoś, kto musi wszystkie książki nauczyć się na pamięć – i to bardzo dokładnie. Ja nie byłem złym uczniem, ale na pewno nie byłem sumienny. Tak to sobie wyobrażałem, bo nie miałem o tym żadnego pojęcia.
I nagle trafiłem do Teatru Polskiego w Szczecinie. Tam aktorzy namówili mnie do zdawania do szkoły musicalowej w Gdyni imienia Danuty Baduszkowej. Podszedłem do tego zupełnie na luzie – bardziej z ciekawości niż z przekonania. Pojechałem na egzaminy, trochę się powygłupiałem – i nagle okazało się, że dostałem się na pierwszym miejscu. Dlaczego? Bo mi jeszcze nie zależało.
Kiedy później zaczęło mi zależeć, pojawił się stres i nie było już tak łatwo.
A teraz stres już jest – przy pisaniu musicali i premierach.
I to jest zdrowe.
W tym zawodzie stres jest potrzebny, bo mobilizuje. Wszyscy narzekamy na tremę, ale ona zawsze jest – zarówno po mojej, jak i po drugiej stronie sceny. Widz jej nie odczuwa, ale dla nas jest niezbędna. W pewnym sensie utrzymuje poziom i pozwala zachować koncentrację.
Czy ma Pan jeszcze niespełnione marzenia?
Oczywiście, mam różne pomysły, różne tytuły gdzieś w głowie. Są też marzenia, które chciałbym jeszcze zrealizować.
Z marzeniami jest jednak tak, że kiedy się spełniają, pojawia się pytanie: co dalej? Jako aktor musicalowy miałem jedną wymarzoną rolę. Javert w „Nędznikach”. I w pewnym momencie rzeczywiście go zagrałem. Marzenie się spełniło – i nagle pojawiło się pytanie: co teraz?
Wtedy zacząłem reżyserować.
Zastanawiam się czasem, co będzie dalej – jeśli spełnię wszystkie swoje marzenia jako reżyser, to co zrobię? Zajmę się ogrodnictwem? (Śmiech)
Ale tak naprawdę czuję, że się spełniam. A może inaczej – dużym wyzwaniem i jednocześnie ogromną satysfakcją jest dla mnie pisanie własnych spektakli. A jeśli dodatkowo czasami zdarza się, że w mojej sztuce zakochują się widzowie, to jest to dla mnie szczególnie ważne.
Tego życzymy – żeby „czasami” zamieniało się w „często”.
Dziękuję bardzo.
Zdjęcia wyróżniające – Michał Kordula
Zdjęcie portretowe – Justyna Tomczak